Jacek Dudzic

Jacek Dudzic

Blog

Dziennik wyprawy do EBC (fragmenty)

Otwieram oczy na dwie minuty przed budzikiem. Pierwsza myśl: a jednak spałem! Zazwyczaj ciężko się śpi w ostatnią noc, bo przecież dzisiaj lecimy. Po 7 miesiącach myślenia, czytania, planowania i przygotowania.

Dziwne. Kolejne myśli błądzą wokół tego, co zapomniałem zabrać, kupić, zrobić. Nie zabrałem poszewki na poduszkę, okularów lodowcowych i odczuwam niepokój, że mam za mało potrzebnych rzeczy. Za mało?

Siadam na łóżku i mój wzrok pada na leżąca przy łóżku wielką walizkę, wyładowaną po brzegi rzeczami. Specjalnie wczoraj pojechaliśmy na Okęcie zważyć bagaż i masz ci los: 29 kilo! Wszystko wydaje się ważne i niezbędne. Potem usiłowałem coś zostawić, ale z bólem serca odłożyłem tylko dwie rzeczy, a ciepły komplet bielizny termoaktywnej oddałem Danielowi, który nie zabrał piżamy i zbyt wielu ciuchów. Zaoszczędziłem może z pół kilo… No nic. Rzeźnia będzie w Kathmandu, kiedy będziemy przepakowywać się w plecaki (tragarze będą nieśli te większe, ale i tak mogą one mieć max 15 kg).

Wstaję. Czas biegnie szybko, prysznic, śniadanie, ostatnie maile, rozmowy… I znowu taksówką na ostatnie zakupy do sklepu, w którym są jeszcze okulary Jublo Sherpa, których szukaliśmy na ostatnią chwilę.

Photo 2013-11-16 11.22.23Ekipa zjeżdża się i już na Okęciu odbieramy polisy ubezpieczeniowe oraz odprawiamy większe bagaże po ich zafoliowaniu w szmaragdowe kokony. Ewelina markerem wypisuje swój adres emailowy na plecaku, a my śmiejemy się, ze dostanie wkrótce 100 ofert o treści „Marry me”, po tranzycie przez Katar.

Jak te miesiące szybko przeleciały! Pomysł wyprawy pod najwyższą górę świata wykiełkował późną zimą i choć pierwotnie miała się ona odbyć za ponad rok to ostatecznie uznałem, że nie zniosę tak długiego oczekiwania na wyjazd.

Zespół kompletował się w bólach i ostatecznie przybrał kształt ekipy, którą można sobie tylko wymarzyć. Sześciu facetów i ona jedna (ale jaka!), Ewelina, świeżo upieczona magister i zdobywczyni Mont Blanc. Tomek, podróżnik, żeglarz i fotograf, a także właściciel firmy w Oslo. Dominik pszczelarz z gór, prowadzący z rodzicami gospodarstwo agroturystyczne. Przemek spod Rzeszowa, marketer internetowy i młody mąż. Dariusz z Częstochowy, z charakteru hobbit, z zawodu informatyk.
Miał jeszcze z nami lecieć filmowiec Darek, który na pniu zajął zaszczytne miejsce duszy towarzystwa, ale trzy tygodnie przed wylotem ledwo przeżył zawał serca i wyprawę w Himalaje chwilowo odłożył na pózniej.

Obładowani w kamery, aparaty i tablety, a także grube puchowe kurtki ładujemy się do samolotu linii Qatar Airways i wysyłamy pospiesznie ostatnie sms-y do najbliższych. Jeden z nich powinien polecieć do mojego syna Daniela, ale… Daniel leci ze mną więc wystarczy tylko porozumiewawcze spojrzenie: zaczynamy wielką przygodę i przeżyjemy to razem!
Lecimy do Kataru mijając Kuwejt i Bagdad. Lotnisko w Doha jest zatłoczone w nocy, dobrze że wpadliśmy na pomysł, aby wcześniej wykupić wejściówki do Oryx Lounge, bo wszyscy inni odchodzili z kwitkiem („sorry sir, we are full”). Wcinamy więc przekąski, popijamy tonic oraz winko i liczymy 9 godzin do lotu do Kathmandu. Śpi tylko Przemek. Reszta przy mniejszych lub większych ekranach pracowicie pisze maile i postuje zdjęcia. Business as usual!

Poranek przychodzi szybko i znowu stoimy w kolejce do gate’u.

Ponieważ przylecielismy do Kathmandu późnym popołudniem, na pierwsze zapoznanie z miastem i jego ogromnymi korkami ulicznymi mamy niewiele czasu. Jemy kolację w miłej knajpce na tarasie, wymieniamy w kantorze dolary na rupie i przepakowujemy swoje bagaże, ale i tak nie mamy szans zmieścić się w limicie 15 kg na osobę, wiec płacimy za nadbagaż (około 1 dolara za kilogram). Nazajutrz już w drodze na lotnisko poznajemy dwóch przewodników, Deva i Krishnę, z których ten drugi rozumie nawet trochę po polsku (i paraduje w polskim t-shircie),

Typowy komunikat dla podróżujących do Lukli. Masz szczęście, gdy nie musisz czekać.

Typowy komunikat dla podróżujących do Lukli. Masz szczęście, gdy nie musisz czekać.

Lotnisko krajowe w Kathmandu wyglada jak polski dworzec PKS w latach głębokiego komunizmu. Tłoczy się tam masa ludzi, którzy chcą polecieć do Lukli. Najpierw odprawiamy bagaż, potem przechodzimy przez pseudo security check, aby potem zająć dwie ławki i z coraz większa desperacją oczekiwać na informacje o locie. Loty do Lukli są opóźnione bo zalega mgła, a nie da się tam lecieć w takich warunkach.

Po dwóch godzinach szanse na wylot maleją kiedy nagle ok. 12:00 poruszenie na sali, a przez megafon zaczynają wołać: Lukla, szybko do gate’u. Błyskawicznie przewożą nas autobusem pod samolot i obserwujemy jak małe maszyny jedna po drugiej wybijają się w powietrze. Woła nas obsługa popędzając: wsiadać, szybko, szybko… Siedzę w drugim rzędzie za kokpitem po lewej stronie, czyli tam gdzie trzeba. Pilot startuje tak panicznie, że rozpędza maszynę jeszcze na zakręcie przed wjazdem na pas startowy. Lecimy i rzeczywiście to dość przerażajace doświadczenie. Po 20 minutach lądujemy na miniaturowymi lotnisku i znowu w galopie każą nam wysiadać i biec na bok, bo samolot startuje z powrotem za… 5 minut.

Krótki pas startowy w Lukli wygląda jak autostrada do nieba!

Krótki pas startowy w Lukli wygląda jak autostrada do nieba!

Mówią, że Lukla to najniebezpieczniejszy port lotniczy na świecie. Tłumy ludzi z aparatami i kamerami, które zgromadzone są wokół ogrodzenia wokół lotniska zdają się to potwierdzać. Tak samo sposób startu i stan techniczny samolotów (może powinienem powiedzieć: samolocików?). W tym chaosie jest jednak jakiś porządek i wbrew wszystkiemu most powietrzny na trasie Kathmandu-Lukla ma się dobrze i w dobrych warunkach ląduje tutaj od 17 do 25 samolotów dziennie. O dziwo wszystkie lądują, a następnie wszystkie startują, więc chyba aż tak źle nie ma.

Tak czy inaczej wolę na razie nie myśleć o locie powrotnym. Dość ma dzień dzisiejszy swojej biedy… Odbieramy bagaże i udajemy się do pobliskiej restauracji zjeść obiad i uspokoić skołatane po locie nerwy. Jesteśmy w Lukli! Tam, gdzie zaczyna się przygoda.

Lukla położona jest 400 metrów wyżej niż Rysy i od razu czuć wysokość. Po lunchu w pobliskiej restauracji ruszamy i natychmiast wyprawa zmienia się w ekspedycję ratunkową: Darek się gubi i Dev rusza na jego poszukiwania. My w międzyczasie kupujemy kawę w lipnym Starbucksie i po chwili już z Darkiem ruszamy w drogę.

Pierwszy etap miał być najłatwiejszy, ale chyba zmęczenie lotem i niewyspanie robią swoje: idzie się bardzo cieżko i po 3 godzinach marszu do Phading jestem wykończony. Prawie cały czas schodzimy w dół i po jakimś czasie czuję ból w lewym kolanie. Mam nadzieje, ze w następnych dniach kolano to mi nie będzie bardzo dokuczać.

Mosty wiszące to temat na zupełnie inną opowieść...

Mosty wiszące to temat na zupełnie inną opowieść…

Drugi dzień to killer w planie wyprawy – 7 godzin i ponad 600 metrów w górę do Namche Bazar. Na samym początku grzęznę w korku pomiędzy dwoma karawanami osłów i jaków zmierzających w przeciwnych kierunkach. Potem mam problem z kamerą GoPro, aż w końcu opadam z sił zaraz na samym początku trasy. Masakra, myśle ze chyba będę musiał się zatrzymać albo co gorsza zawrócić, ale biorę awaryjnie żel energetyzujacy i kilka kropel NitroExtreme. Siły powoli wracają, a w drugiej części morderczego podejścia pod Namche idę już krok w krok za Eweliną. Odpowiada mi jej wolne tempo, mniej dokucza mi noga. Przechodzimy nierealnie wysoko zawieszony most nad przepaścią, pod którym wisi drugi. Robimy zdjęcia, Darek kręci film. Ja boję się iPhone’a nawet wyjąć bo tak wieje na tym moście. Gdyby mi wypadł to byłby to spektakularny upadek. Za mostem cały czas w górę, tym razem przez las. Koszmar, to podejście nigdy się nie kończy.

W końcu stajemy przy punkcie kontrolnym kilkaset metrów przed celem wędrówki i czujemy jak błyskawicznie robi się zimno. Jestem na wysokości 3440 m. Jeszcze nigdy w życiu tak wysoko nie byłem!

Z oddali nie wygląda na najwyższą górę

Z oddali nie wygląda na najwyższą górę

Namche Bazar to niezwykle urokliwe miejsce, pełne życia i ludzi zmierzających w górę i wracających do Lukli. Na ulicach słychać różne języki, w tym też i polski. W sklepikach trzeba uważać – o mały włos kupiłbym dawno przeterminowane batony energetyzujące. Notatka do siebie: kupując żywność należy sprawdzać datę ważności!!!

Namche wynagradza nasz dotychczasowy trud. To pierwsze miejsce, z którego widać Everest. I Lhotse. I wiele innych szczytów. Żeby to zobaczyć trzeba się jednak wspiąć pod górę na polankę obok muzeum. Stoję więc tam, robi zdjęcia jak szalony i serce bije mi mocniej. Widzę cel, choć jeszcze daleki, ale już dobrze widoczny. Teraz już go z oczu nie spuszczę. Mowy nie ma!

Aklimatyzacja, czyli idziemy. Najpierw pod górę, wąską stromą ścieżką po kamieniach. Potem zdjęcia, odpoczynek i batonik. A następnie z powrotem w dół, bardzo powoli i uważnie. Nad głowami latają nam helikoptery, jak szalone pędzące w kierunku Everestu. Pewnie komuś na ratunek w jednej z kolejnych wiosek na trasie. Okazja, żeby poczuć ciarki na plecach. Idziemy, idziemy, idziemy. Oczywiście nie ma szans na wypoczynek, ale fotki robimy pierwsza klasa!

Coraz bliżej szczytów!

Coraz bliżej szczytów!

I tak powoli staje sie to codzienną rutyną. Kamienie chrzęszczą pod nogami. Jeden oddech, drugi oddech. Ciężko oddychać, więc myślę o czymś innym. Przed oczami miga mi niebieski plecak szefowej. Przed nią idzie Daniel. Ten kto napisał, że na tym treku są łatwiejsze dni chyba tutaj nie był! Podejście z Namche do Tengboche to kolejny killer. W dół do strumienia, a potem po minięciu koszaröw i punktu kontrolnego prawie dwie godziny non-stop ostro do góry. Trudno się oddycha i sił jakby z dnia dzień trochę mniej. Ale idziemy.

Kolejny dzień to droga do Dingbouche, niemal cały czas z widokiem na Everest, zasnute chmurami Lhotse oraz wyglądające straszliwie Ama Dablam. Trawersujemy lewe zbocze doliny Khumbu, idąc wzdłuż rzeki, często bardzo wąska ścieżką nad kilkuset metrową przepaścią. Do góry, niemal cały czas do góry. Ten dzień daje mi w kość. Jestem bardzo zmęczony. Ledwo dochodzę na lunch, który jemy w wiosce na wysokości 4040 m. Przed nami jeszcze 400 metrów dzisiaj. F…!

Znowu dochodzimy do celu tuż przed zmrokiem, przy zachmurzonym niebie. Robi się zimno, a my jak zwykle dygamy do niemal ostatniego schroniska w tej dziurze. Na miejscu wybucha panika, bo jedna osoba z naszej ekipy ma coś jakby zapaść i w amoku próbujemy ją ratować. Właściciel lodży i jego żona rozcierają jej dłonie i stopy, a Dev próbuje ocucić. W końcu podajemy Glukardiamid i członek ekipy odzyskuje przytomność. Połowa grupy jest wstrząśnięta. Ludzie poczuli powiew grozy na policzkach. Każdy z nas może następny!

Wyżej niż Mont Blanc

Wyżej niż Mont Blanc

Rano leżąc w śpiworze nagrywam słynny filmik z Darkiem. Wielu go potem obejrzy na Facebooku i YouTubie. Jemy śniadanie i ruszamy w górę. Spacer aklimatyzacyjny – wchodzimy na 4900 m. Jestem sto metrów wyżej niż Mont Blanc. Myśle o tym niemal cały dzień. Nie ma wstydu, nie ma wstydu…

Następny dzień jest krytyczny. Tracimy Darka i Dominika, którzy źle się czują i zostają na 4600 w Doukli, tuż przed morderczym podejściem pod przełęcz z memoriałem everestowym. Na górze dowiadujemy sie, że to jeszcze godzina marszu do Lobuche, już prawie zachód słońca, a my bez sił. Ewelina chowa sie za wielkim głazem i płacze. Mamy kryzys, a oddycha się coraz gorzej. Na dodatek już w tea housie rozkłada nam się Przemek. Zaczyna do mnie docierać jak groźne są tak wysokie góry. Himalaje bronią tajemnic, które chcemy wydrzeć.

Noc mina spokojnie, choć coraz mniej snu. Jestem wykończony jego brakiem, o świcie serce szaleje i zalewam się potem składając śpiwór. – Chyba nie dam rady dalej – mówię Przemkowi, ale bez większego przekonania. Od północy dojrzewa we mnie myśl, żeby zejść na dół, że może nie warto ryzykować. Myślę o tym podczas śniadania z niepokojem obserwując, jak Przemek czuje się coraz gorzej. W końcu chłop wstaje i mówi: – Ja schodzę, nie dam rady iść wyżej. Patrzy na mnie, a ja gorączkowo myśle. Ciało woła „schodź debilu”, ale wola jeszcze się nie poddała. Postanawiam iść dalej na przekór samopoczuciu. Kilka dni wcześniej Daniel powiedział mi, że jestem twardy zawodnik i wiem, że tkwią we mnie jeszcze pokłady siły i energii, choć już mocno nadwątlone.

Raz kozie smierć. Idę dalej. Najwyżej zawrócę do Lobuche albo zejdę prosto do Doukli. Zbieram wszystkie siły i ruszamy. Początkowo nie jest źle. Idziemy po płaskim choć usianym kamieniami i głazami terenie, a dystans do Gorak Shep to tylko 5 kilometrów. Tylko ta wysokość, coraz mniej tlenu i konieczność postoju prawie po 10 krokach. Przekraczamy 5 tysięcy, jest pięknie. Jak na innej planecie. Wokół tylko postrzępione białe szczyty, kamienie i lód. Powietrze pachnie śniegiem i wiatrem. Jest ostre, mroźne i nieprzyjazne. Świeci słońce, ale i tak idę w puchowej kurtce, bo jest zimno.

W połowie drogi dochodzimy do ostrego przewyższenia. Taką górkę w Beskidach połykamy na śniadanko, ale tutaj to potwór niemal nie do zdobycia. Siedzimy na kamieniach, łapiemy oddech i wyciągamy ile się tylko da wody przez rurki z camelpacków (zbiorniki na wodę umiejscowione w plecaku). Ruszamy i niemal od razu zostaję daleko w tyle, ale łapię rytm. Maleńkimi krokami posuwam się do przodu. Krok, dwa oddechy, krok. Najgorsze są kamienne stopnie, wysokie jak diabli. Aż kije trzeszczą od opierania się na nich. Ale idziemy do góry. Jest już bardzo wysoko, kamyczkami uciekają spod butów. Coraz więcej śniegu i lodu. Wchodzimy do himalajskiego sanktuarium. To okolice Everestu. Co za spektakularny widok! Everest schowany za innymi górami, ale jeszcze go zobaczymy.

Zawsze chciałem być w tym miejscu

Zawsze chciałem być w tym miejscu

Jest południe kiedy znienacka docieramy chyba do najwyżej położonej osady na świecie. To Gorak Shep. Nawet nie osada, co kilka schronisk i wielka antena GSM w samym środku. Cieszymy się z Tomkiem jak dzieci, bo w pokoju mamy pełny zasięg i nareszcie 3G. Zdjęcia śmigają na Facebooku, nareszcie możemy wysłać maile do domów. Żyjemy. Idziemy. Dopiero zaczynamy :)

W pokoju ciepło, słońce ogrzewa nam okno. Rozkładam śpiwór, jem batonik proteinowy od Tomka i czuję sporo adrenaliny. Jesteśmy prawie u celu. Dwie godziny od Base Campu! Tylko skąd wziąć siłę do dalszego marszu?

Przy obiedzie siedzimy w czwórkę i zajadamy się pysznym jedzeniem. Gorak Shep rządzi!

Jednak tu doszedłem! Czuję się dobrze, choć serce wali jak szalone. Jest 5100 m i każdy wdech dostarcza mojemu organizmowi 50% mniej tlenu niż w Polsce. Nic dziwnego, że moje ciało jest w szoku. Trzeba to przeżyć, a potem szybko uciekać w dół. Szerpowie tak właśnie mówią: rób co masz robić, a potem bierz nogi za pas i zwiewaj, zanim dopadnie cię AMS, czyli ostra choroba wysokościowa. Każda godzina powyżej 5 tysięcy przy słabej aklimatyzacji może być groźna dla zdrowia i życia. Ale nie o tym rozmawiamy. Trzeba wychodzić do EBC, choć chyba podświadomie staramy się odwlec kolejny wysiłek. W końcu wyruszamy ale niestety za późno. Po dwóch godzinach drogi widzimy już Base Camp i w tym momencie Dev zarządza odwrót. Zapada zmrok, a noc pod Everestem to nie żarty. Na dodatek powrót po ciemku śliskimi i kamienistymi ścieżkami to coś, co należy robić tylko w ostateczności.

Szczyt Mount Everest (drugi z lewej, nieco z tyłu)

Szczyt Mount Everest (drugi z lewej, nieco z tyłu)

Wchodzimy więc nieco wyżej na 5400 m i robimy sobie zdjęcia na tle okolic Base Campu. Chłonę tę chwilę, bo szybko mija. Widzę czubek Everestu, dojście do bazy, lodospad. Wszystko to o czym się słyszy lub czyta. A ja tam jestem! Stoję, patrzę, mogę rękę wyciągnąć, aby tego dotknąć. Nagle przypominam sobie o GoPro. Wyciągam kamerę pospiesznie i kręcę. Ten materiał będzie potem moim ulubionym ze wszystkich nakręconych w Nepalu.

Odwrót. Idę ostatni bo nie mogę oderwać wzroku, co chwili przystaję i jeszcze na chwilę spoglądam na najpiękniejszy widok na świecie. Idziemy rozproszeni, pojedynczo. Z przodu widzę tylko fioletową kurtkę Eweliny, ale muszę cały czas patrzeć pod nogi, żeby nie potknąć się i nie stoczyć z nieprzyjemnie dużego zbocza. Nagle stawiam nierozważny krok na oblodzonym kamieniu i po sekundzie leżę na śniegu, na szczęście w bezpiecznym miejscu. Nic się nie stało, ale pierwszy upadek w Himalajach zaliczony.

Droga bardzo się ciągnie, ale mam w sercu wielką radość i wdzięczność do siebie, że się tej wspaniałej chwili nie pozbawiłem. Nie potrafię tego uczucia nawet nazwać. Zrealizowałem wielkie marzenie, cel wielu miesięcy planowania, pełnych obawy, wątpliwości ale też i nadziei. Dałem radę, nie byłem za słaby, stawiałem czoła wielkiemu wyzwaniu i zwyciężyłem!

Za moment nachodzi mnie jednak refleksja, że game is not over yet. Jeszcze trzeba zejść, wrócić, jakoś dostać się do Lukli…

Siedzimy przy kolacji w dużej restauracji schroniska w Gorak Shep, ale nie mam apetytu. Jestem wykończony, a naprzeciw mnie Ewelina prawie mdleje na ławce. Drugi raz w trakcie tej wyprawy stosujemy Glukardiamid i po chwili jest już jej lepiej. Pada decyzja, że tylko Daniel nad ranem idzie na Kala Pattar. Ja, Tomek i Ewelina (trzeba ją przekonywać, bo chce wychodzić) zostajemy w łóżkach, żeby wypocząć dłużej przed bardzo długim zejściem do Pherishe.

Schodzimy w dół

Schodzimy w dół

Zejście okazuje się morderczą, ponad 20-to kilometrową ucieczką z 5-tysięcy, która pozbawia mnie resztek sił. Docieramy tam późno, już po zachodzie słońca i wycieńczony padam na łóżko z plecakiem, kijkami, w kurtce i butach. Nie mogę się nawet ruszyć, mam skurcze jelit, chyba ze zmęczenia bo prawie nic nie jadłem lub to spóźniony atak choroby wysokogórskiej. Jesteśmy na 4200 m, ale ta noc będzie najzimniejszą w trakcie całej ekspedycji. Śpię w ekstremalnym merynosie (komplet bardzo ciepłej bielizny termoaktywnej firmy Brubeck. Polecam!) i komplecie polarowym. Do tego czapka, grube skarpety i szczelnie zamknięty śpiwór ekspedycyjny firmy Yeti, który staje się moim ukochanym towarzyszem. Prawie nie śpię. Serce nadal wali, trudno oddychać i boję się myślec o trasie powrotnej do Tengbouche. Daleko i ostre podejście pod sam koniec. Więc nie śpię. Słyszę tupot szczurów po dachu naszego domku. Słyszę Daniela przekręcającego się z boku na bok za ścianą. Noce w Himalajach są najgorsze.

Rozumiem teraz ludzi, którzy nie mają siły wrócić ze szczytu i na zawsze tam zostają. Przychodzi nagle taki moment, że już po prostu nie możesz, opadasz z sił i nie dajesz rady iść dalej. A trzeba iść!

Tej nocy zaczynam chorować. Czuję gorączkę, ból gardła i ogólne rozbicie. Rano znajduję antybiotyk w apteczce. Amoksiklav, killer, ale i tak nie pomaga. Do Kathmandu wrócę chory i dwa dni spędzę w łóżku w hotelu, żeby odzyskać choć trochę sił. Zanim to nastąpi czekają nas jeszcze 3 dni drogi. Jednym pocieszeniem jest fakt, że z każdym kolejnym idziemy w dół i łatwiej jest oddychać.

Od Pherishe mój plecak dzienny niesie Krishna, bo antybiotyk wysysa ze mnie resztę sił i od teraz będę permanentnie zamykał peleton. Z przodu hasają Darek z Przemkiem, którzy mieli jeden dzień wolny i dzięki temu poważnie się zregenerowali. W Tengbouche od razu ląduję w śpiworze i odmawiam zejścia na kolację. Przewodnicy przynoszą mi picie i jedzenie do pokoju, a ja szanuję już każdą minutę w łóżku. Muszę jak najwięcej wypoczywać. Nareszcie skutkują tabletki nasenne i udaje mi się przespać więcej niż pół nocy.

Zaczynają cieszyć małe radości. Zamawiam do kubka termicznego Hot Orange (w odróżnieniu od rutynowo wypijanej litrami Hot Lemon) i smak tej rozpuszczalnej herbaty wydaje mi się czymś najlepszym na świecie. Łapczywie piję przełykając kolejne hausty napój, którego w domu nigdy bym nie zaparzył. Tutaj czuję się szczęśliwszy z każdym łykiem i z wdzięcznością dziękuję Devowi, który przynosi mi więcej.

Przede mną jeszcze dwa dni. Pierwszy to mega długie zejście do Namche Bazar na obiad i dalej do Monjo na nocleg. Idziemy, ale niech to szlag! Znowu dochodzimy o zachodzie słońca.

Drugi i ostatni zarazem dzień wędrówki to 5 godzin do Lukli z trudnym ostatnim podejściem, które jak na złość ciągnie się jak flaki z olejem.

Byłbym zapomniał. W Monjo wzięliśmy gorącą kąpiel po raz pierwszy od ponad tygodnia. Co z tego skoro 99% ciuchów była brudna i przepocona? Towarzyszył nam więc zapaszek 12-dniowych trekkerów i nic się na to nie dało poradzić.

W Lukli odzywają sie nawyki cywilizacyjne i zamiast do schroniska idziemy prosto do… Starbucksa, a przynajmniej do jego lokalnej podróbki. Słaba kawa i tragiczny sernik (słony!), ale wygodny w miarę fotel i zapowiedź powrotu do naszego świata.

Siedzimy zmęczeni, nie mamy siły żartować i śmiać się, walcząc ze słabym internetem, aby choć jedną fotkę wysłać na stronę. To już prawie koniec. Pod zmęczeniem fizycznym i psychicznym kryje się jednak przekonanie, że był to jeden z najważniejszych momentów mojego życia, a już na pewno najtrudniejszy i najbardziej wymagający. Cenny, wspaniały i przemieniający. Ale teraz nie pozwalam sobie na głębokie przemyślenia. Jeszcze nie teraz. Siedzę i jestem szczęśliwy, że to koniec. Na inne emocje przyjdzie czas później.

– Śmierć frajerom – mówię cicho.
– Śmierć! – odpowiada kilka osób.

Uśmiechamy się do siebie. Nikt inny nigdy nie zrozumie dlaczego.

P.S. Dziękuję Ewelinię Ziębie, Darkowi Dubikowi i Tomkowi Szarkowi za udostępnienie zdjęć!


2 Komentarzs on “Dziennik wyprawy do EBC (fragmenty)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>